Deficyt wygolony na zeroMinister finansów Jacek Rostowski chciałby, by w 2015 roku deficyt sektora finansów publicznych zmalał do zera. Polska dołączyłaby do grona elitarnego klubu, do którego należą Estonia, Norwegia i Szwecja. Czy to wykonalne?
Marek Borowski: - Zejście już w 2015 r. do zerowego poziomu deficytu finansów publicznych jest teoretycznie możliwe. Ale czy byłoby dobre? Zależy w jaki sposób minister chciałby osiągnąć ten próg.
Moim zdaniem najpierw powinno się ustalić cele społeczne, które chcemy osiągnąć, a dopiero potem sposób, w jaki chcemy ograniczać wydatki państwa.
Bo jeśli miałoby się to odbyć kosztem wydatków na edukacje, naukę czy infrastrukturę, to uważam, że dążenie do zerowego deficytu w tak krótkim czasie jest niepotrzebne. Z drugiej strony duże pole do oszczędności dają zmiany w systemie emerytalnym - wszystko jest do dyskusji.
Powinien o tym pamiętać minister, który może deklarować, co chce, ale wiążące decyzje podejmuje cały rząd, na dodatek wespół z koalicjantem.
Można też się zastanawiać, czy deficyt musi być ścinany aż do zera. Wiele zależy od koniunktury. Wiemy, że w przypadku pogorszenia się sytuacji gospodarczej deficyt rośnie. Ale to nie znaczy, że musimy ścinać go teraz do zera, by mieć ten trzyprocentowy zapas, chroniący przed przekroczeniem maksymalnego poziomu z Maastricht. Może wystarczy 1-1,5 proc.? To przecież i tak kilkadziesiąt miliardów złotych. Czyli już nawet nie poduszka bezpieczeństwa, ale spora poducha.
"Gazeta Wyborcza"Powrót do "Wiadomości" /
Do góry